wtorek, 6 maja 2014

Przegląd tygodnia #4

Czyli czwarty już post z serii, w której dzielę się z Wami ciekawymi linkami z internetów oraz swoimi zdjęciami z ostatniego tygodnia. Dziś, tak naprawdę, jest to przegląd dwóch tygodni, bo tydzień temu zupełnie nie miałam czasu na szukanie czegoś ciekawego. Później tak naprawdę też nie miałam, wiec linki dziś dosyć... ubogie :)

1. Lista hoteli na całym świecie, które chyba każdy chciałby odwiedzić. Mnie niektóre przerażają - na przykład te na środku oceanu - ale wersja z żyrafami jest super.

2. 37 wskazówek które ułatwią codzienne życie

3. Strona, która pomoże nam obliczyć czas spędzony na oglądaniu seriali

Teraz zdjęcia - tutaj działo się już nieco więcej, jednak pogoda nie rozpieszczała. A kiedy jest mi zimno, to myślę tylko o ucieczce, a nie o robieniu zdjęć, niestety :)

1. Lody Oreo. Jestem wielką fanką skahe'ów Oreo, Oreo maczanego w mleku, Oreo na sucho, Oreo w kazdej postaci. Lodów Oreo też, tak stwierdzam. Nie jem lodów na patyczku - drewno w ustach mnie obrzydza, jak o tym pomyślę to aż mam ciarki - więc pozostają mi rożki i własnie tego typu lodowe kanapki. Bardzo smakuje mi też wersja Big Milka w ciasteczku, ale jednak Oreo to Oreo.

2. Pierwsze piwo na legalu. Ogólnie pierwsze od długiego czasu. Jeżynowe Somersby smakuje lepiej od jabłkowego, ale i tak czekam z utęsknieniem na gruszkowe, które miałam okazje pić za granicą i jest zdecydowanie najlepsze. Bo pomijając Somersby, to piwo jest fuj.


3. Na koniec roślinność nad znad stawu. Mieszkanie nad wodą rządzi :)


niedziela, 4 maja 2014

Majówka na końcu świata.


Wybór miejsca na weekend majowy był dosyć spontaniczny. Chcieliśmy z chłopakiem jechać gdzieś w miarę blisko, aby nie stracić zbyt dużo czasu na podróż i w jakieś ładne miejsce. On lubi ładne miejsca i kontakt z naturą, ja też czasem potrzebuję odpoczynku od miejskiego tłumu. Znaleźliśmy więc pole campingowe w Małopolsce i tam mieliśmy się udać, jednak prognozy pogody zniechęciły nas do biwakowania. Zaczęliśmy szukać miejsc w pobliżu i tak padło na pokoik w małym domku w Porębie Wielkiej. Miejscowość jest malutka i mieliśmy spory problem z dojechaniem na miejsce (korki + słuchanie GPS-a spowodowały, że pokonanie 120 km zajęło nam 5 godzin), jednak wynagrodził nam to malowniczy, górski krajobraz.

Przyjechaliśmy na miejsce po południu i od razu ruszyliśmy rozeznać się w terenie. Podjechaliśmy kawałek samochodem i znaleźliśmy śliczną łąkę położoną na lekko pochyłym wzgórzu. Widoki były niesamowite i gdyby nie towarzyszące nam owady, chętnie zostałabym tam dużo dłużej.






Wieczorem ewakuowaliśmy się nad rzekę i nad jej brzegiem zrobiliśmy mały piknik

Następnego dnia zaczęliśmy szukać ciekawych propozycji na spędzenie przedpołudnia. Jak mówiłam, miejsce wybraliśmy spontanicznie i zupełnie nie wiedzieliśmy co ciekawego możemy tam zobaczyć. Próbowaliśmy znaleźć w pobliżu jakiś basen, ale w końcu wylądowaliśmy na spacerze w Nowym Targu - ok 30 km dalej. Samochód jest jednak ogromnym ułatwieniem w podróży.
W nowym targu pokręciliśmy się trochę po rynku, zjedliśmy pizzę i wysłuchaliśmy opowieści pana w kwiaciarni o tym, że ,,po ślubie to babę tylko na saharę sprzedać". 





Tak jak będąc w Krakowie, warto zjeść lody na starowiślnej, tak w Nowym Targu na uwagę zdecydowanie zasługują Nowatorskie Lody, tuż przy rynku. Są przepyszne, niestety wybór smaków nie jest zbyt duży i tego dnia w sprzedaży były głównie owocowe, za którymi nie przepadam. Ale śmietankowe były doskonałe.

Kiedy wracaliśmy pogoda całkowicie się popsuła, zaczęło grzmieć i mocno padać. Na szczęście wieczorem nieco się uspokoiło, choć cały czas było chłodno. 


Wieczór spędziliśmy w pokoju grając w gry planszowe. Im jestem starsza, tym bardziej je doceniam :) Następnego dnia wyjechaliśmy dosyć wcześnie w obawie, że będą korki, na szczęście drogi były puściutkie i bez problemu dojechaliśmy do domu. To było naprawdę fajne - siedzieć na fotelu pasażera z mapą na kolanach. Ogólnie cudownie nam się razem podróżuje. 

piątek, 2 maja 2014

O ulubionej szmince

Co prawda nie jest to blog kosmetyczny, ale szminka, o której wam napiszę, jest odkryciem mojego życia, a na dodatek ma dla mnie pewną wartość sentymentalną i wiąże się z nią dość ciekawa historia. O jakim produkcie mowa i dlaczego tak bardzo go lubię?

Dzień przed komersem (czyli ponad  lata temu) kupiłam w Rossmanie szminkę. Nie zastanawiałam się nad tym, bo wtedy nie malowałam ust na co dzień, zdecydowanie preferowałam błyszczyki i byłam pewna, że ten produkt będzie zakupem na jeden wieczór. Była to szminka Manhattanu soft mat w kolorze 54 L. Choć w sumie nie wiem, czy mogę nazwać to szminką, bo aplikator jest jak w błyszczykach - z gąbeczką na końcu. Stało się dokładnie tak jak przewidywałam, po komersie rzuciłam kosmetyk w kąt i zupełnie o nim zapomniałam. Myślę, że kiedy go odgrzebałam musiał być już przeterminowany, ale mimo to zaczęłam malować się nim niemal codziennie. Pokochałam siebie w mocnych ustach, ale jedynie dokładnie w tym odcieniu. Kiedy zaczęłam zbliżać się do końca pojemniczka, zaczęłam rozglądać się za nowym. I pojawił się problem, bo... szminka z Manhattanu nie jest już nigdzie dostępna.

Rozpoczęły się intensywne poszukiwania i wierzcie mi, że próbowałam wielu sposobów. Chodziłam z resztka ukochanej szminki po drogeriach, szukałam, prosiłam ekspedientki o pomoc - i nic. Jak już były w zbliżonym kolorze to nie matowe, a na matowym wykończeniu również mi zależy - wygląda naturalniej, dłużej się trzyma i ogólnie jakoś bardziej mi pasuje.

Kiedy byłam już naprawdę bardzo zrezygnowana, na horyzoncie pojawił sie NYX. Bez wielkich nadziei wstąpiłam do Douglas'a (bo tylko tam ta firma jest dostępna stacjonarnie) i... znalazłam dokładnie moją szminkę, w identycznym kolorze, jedynie opatrzoną inną metką.

Na zdjęciu delikatnie różnią się kolorem, w rzeczywistości są identyczne. Mam wrażenie, że nowa szminka trzyma sie dłużej i ładniej schodzi, ale może to kwestia tego, że nauczyłam się chodzić z kolorem na ustach i mam już wyrobione pewne nawyki, które pozwalają uniknąć zlizania jej po kilku minutach. Delikatnie wysusza usta, podobnie jak poprzednik, ale ciężko oczekiwać od matu właściwości pielęgnujących. Z resztą dla tego niezwykłego koloru mogę wiele wybaczyć :)


Nieco zagmatwana ta recenzja, ale uznajmy ze to nie jest recenzja tylko po prostu malutki wycinek mojego życia :)

środa, 30 kwietnia 2014

O wtorkowym popołudniu w Krakowie


W Krakowie byłam już naprawdę niezliczoną ilość razy i bardzo lubię tam, wracać. Wczoraj nadarzyła sie ku temu świetna okazja - całkiem przypadkiem udało mi się tam pojechać z moim tatą. Ma taką pracę, że sporo podróżuje, jednak rzadko mogę jechać gdziekolwiek z nim, bo jednak szkoła wzywa. Tym razem było inaczej i o godzinie 16 wraz z Pawłem siedziałam już w samochodzie. Wyjazd był naprawdę krótki (na miejscu mieliśmy niecałe 3 godziny) i spontaniczny, więc nie mieliśmy większych planów. Mimo to, pokażę Wam, jak spędziłam dzień.

Na początku, przeszliśmy się Wawelem i ruszyliśmy w stronę rynku. Spacery po Krakowie są super, chociaż za nic nie chciałabym tam mieszkać. Uwielbiam te trawiaste przestrzenie, zacienione koronami gęstych drzew, ale fakt, że wszystko otoczone jest sznurem samochodów, nieco psuje mi wizję. Nie lubię tłoku, nie lubię dużych miast. To znaczy same miasta są w porządku, tylko gdyby zabrać z nich ludzi. W tłumie bardzo szybko się gubię, hałas mi przeszkadza i czuję się jak robot. Nie wiem dlaczego.

Kiedy byłam mała, spędziłam wakacje na Węgrzech. Całymi dniami przesiadywałam wtedy na wielkich, odkrytych basenach i jadłam lody. Lody, których nie spotkałam nigdzie indziej, a których smak wyjątkowo zapadł mi w pamięci... Jak wielkie było moje zaskoczenie, kiedy znalazłam budkę z ,,moimi lodami" w Krakowie! Wiecie, często jest tak, że smaki z dzieciństwa idealizujemy we wspomnieniach i potem nas zawodzą. Tutaj - na szczęście - tak nie było. Nadal smakują tak samo dobrze, są ekstremalnie zimne, mają taki głęboki smak i taką.. zbitą (?), kremową konsystencję. Cudowne!



Kiedy doszliśmy na rynek, wymyśliłam nowy cel podroży ;). Lody na Starowiślnej, o których wielokrotnie czytałam na blogu Anwen. To wyglądało mniej więcej tak.
- No chodź, Paweł, przecież to jest tutaj, zaraz, niedaleko.
- GPS mówi mi, że daleko
<tu następuje pogadanka, że mamy nie być dziećmi neo i że GPS nie jest niezbędny do życia>
Po 10 minutach dreptania okazało się, że to jednak jest daleko i że bez okrutnego GPS-a chyba nigdy byśmy tam nie trafili. To znaczy ja z moją orientacją w terenie, która chyba została gdzieś w pampersach, nigdzie bym nie trafiła. W każdym razie wyszło na Jego. Mieliśmy niewiele czasu, więc przeciągnęłam go biegiem przez pół Krakowa. Udało nam sie znaleźć rzeczoną lodziarnię, po spędzeniu kilku minut w ogromnej kolejce, która tylko wyglądała tak strasznie, zdobyliśmy upragnione lody. Muszę przyznać, że i tutaj się nie zawiodłam. Najbardziej smakowały mi kakaowe, naprawdę były to jednej z najlepszych lodów o tym smaku, jakie kiedykolwiek jadłam. Borówkowe i truskawkowe, których również spróbowałam, smakowały mi mniej, ale ja ogólnie nie przepadam za owocowymi lodami i nie rozumiem dlaczego tak często je kupuję. Chyba za ładnie wyglądają. 
W tym momencie aparat zrobił mi psikusa i zapchał sobie kartę. Sam. To wcale nie jest tak, że zapominam usuwać z niego zdjęć. Wcale.

Na koniec trafiliśmy w jeszcze jedno ciekawe miejsce - do pubo-restauracji (jest coś takiego?) o nazwie The Dorsz. Zauroczył mnie wystrój tego miejsca - menu w formie linii metra, tablicowa ściana i minimalistyczne wykończenia. Jest naprawdę ładnie i tak.. inaczej. Jedzenie było dobre, choć fish & chips w Londynie smakowało mi bardziej :)

Na koniec, jeszcze jedno pytanie - zauważyliście, co się dzieje z chmurami? Nie wiem czy wszędzie tak jest, ale u mnie od paru dni są przepiękne. Wielkie, piętrowe obłoczki, na tle czarnych chmur burzowych, a po między nimi delikatne strzępki. Przez całą drogę do Krakowa robiłam im zdjęcia, ale to wcale nie jest proste, kiedy jedzie się samochodem 120 km/h :)






poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Co się zmienia po osiemnastce?


Wiele razy słyszałam plany swoich znajomych w stylu ,,co zrobię gdy będę dorosły". Będę robić co chcę. Będę wracać do domu, kiedy chcę. Rodzice nie będą mną rządzić. Pojadę na szaloną podróż życia. Pójdę na piwo. No sporo tego było. Większość osób w jakiś sposób na tą dorosłość czeka, ja - wręcz przeciwnie. Najchętniej zostałabym wieczną 17-stką. Bycie dorosłym mnie przeraża, zwłaszcza, że sama czuję się cały czas dzieciakiem, w pewnym sensie potrzebuję nadal opieki, obrony, miłości i nie potrafię sobie wyobrazić tej małej, zagubionej mnie w świecie, gdzie sama muszę o sobie decydować i za te decyzje odpowiadać. Albo co gorsza - opiekować się kimś innym. Ja, która ususzyłam kaktusa na wiór, a kot gdy ma zostać ze mną sam na dłużej niż jeden dzień, chyba robi sobie zapasy myszy. Wczoraj skończyłam 18 lat i wiecie co wam powiem? Nie jest tak źle.
Jest dokładnie tak samo. Nie znalazłam ani jednej nowej zmarszczki, czy siwego włosa. Nie muszę nagle podejmować życiowych decyzji. Rodzice nadal mają wpływ na to, co robię, bo to moi rodzice i nie umiałabym powiedzieć ,,nara, jestem dorosła". Przy czym moi rodzice są super i nie mam z nimi jakichś większych problemów. Teoretycznie mogę prowadzić samochód, ale i to tylko teoria, bo oczywiście zostawiłam wszystko na ostatni moment i nie wyrobiłam się ze skończeniem kursu przed urodzinami. Mogę legalnie pić alkohol, ale do tego jakoś bardzo mnie nie ciągnie - drinki na imprezach są ok, ale to raczej tyle. 
Nadal jestem tą samą mną, tym wiecznym dzieciakiem, który płacze o każdy drobiazg, strzela fochy ale potrafi też cieszyć się każdą nowo odkrytą rzeczą, każdym momentem, każdym uśmiechem... Tak więc wszyscy wy, którzy liczycie, że wasze życie odmieni się wraz z tą magiczną datą - porzućcie nadzieję. Moje się nie odmieniło i chwała mu za to.
A nie. Zmieniła się jedna rzecz. Mam taką wizję: wchodzę do sklepu, stawiam na ladzie jeżynowe Somersby, kasjerka prosi mnie o dowód a ja rzucam nim i blat. I nie dlatego, że chce się napić. To po prostu moja dziecinna zachcianka, żeby poczuć się dorosłą.

niedziela, 27 kwietnia 2014

Szybki obiad - quesadilla



Zacznijmy od tego, że u mnie w sumie pojęcie szybkiego obiadu nie funkcjonuję. Bardzo lubię gotować, ale nie potrafię robić tego szybko - wtedy wszystko leci mi z rąk, przypala itp. Lubię ten moment w jakiś sposób celebrować, robić wszystko jak najlepiej, najdokładniej. Na dodatek kiedy zaczynam gotować, automatycznie przestaję być głodna - nie mam przez to motywacji, aby skończyć szybciej.
Jednak dzisiejszy przepis jest nieco inny - nawet ja jestem w stanie zrobić go dosyć szybko i z reguły potrzebne składniki mam w lodówce. W dodatku danie jest pyszne i bardzo sycące.

Składniki



  • tortille (na jednoosobową porcję wystarczył mi jeden placek przecięty na pół)
  • żółty ser 
  • ulubione składniki (u mnie był to pomidor i kukurydza, gdybym akurat miała w domu, pewnie dodałabym szynkę lub kurczaka i gotowane jajko - ale miało być szybko)
  • opcjonalnie sos lub ketchup - tylko dla smaku, bez tego też wszystko wyjdzie
  • ja użyłam jeszcze odrobiny swojej ulubionej przyprawy, którą wsypuję dosłownie do wszystkiego

Przygotowanie
  • Placek smarujemy sosem (lub nie) i układamy go na suchej patelni. U mnie była to patelnia grillowa, ale zwykła też da radę
  • posypujemy odrobiną startego sera
  • na serze układamy wszystkie składniki
  • Przysypujemy kolejną porcją sera i przykrywamy drugim plackiem
  • Podgrzewamy przez kilka minut na średnim ogniu, pod przykryciem. To ważne, żeby patelnię przykryć, bo dzieki temu ser sie rozpuści, a spód w tym czasie nie przypali.
  • Kiedy tortilla się zarumieni odwracamy ją na drugą stronę i znów podgrzewamy kilka minut

Smacznego!




sobota, 26 kwietnia 2014

8 pomysłów na urodzinowe kartki

I nie tylko urodzinowe, bo sprawdzą się w wielu sytuacjach. Z kupnymi kartkami jest ten problem że albo są brzydkie, albo strasznie drogie, albo mają w środku jakieś głupkowate życzenia czy kiczowaty wierszyk. Włanoręcznie robioną kartkę możecie całkowicie spersonalizować, wkleić do środka zdjęcia lub obrazki i napisać własne życzenia, od serca. Poniżej pokażę wam kilka propozycji na te - moim zdaniem - najciekawsze. Większość inspiracji pochodzi ze strony zszywka.pl, gdzie już od dawna zbieram swoje ulubione pomysły.

1. Z odciskami palców
To raczej propozycja spotykana na weselach, gdzie goście umieszczają pamiątkowe odciski w księdze lub na kartce papieru. Ale dobrze sprawdzi się też, kiedy robimy jakąś ,,masową" kartkę, na przykład na zakończenie roku dla nauczyciela, lub dla babci wraz z resztą rodziny. W dodatku jest bardzo prosta w wykonaniu. Mi najbardziej spodobała się wersja z latającym balonem, oraz z drzewem, gdzie odciski zastępują liście

2. Kartki 3D
Najlepiej zrobić część 3D na jednej kartce i nakleić na drugą, dzięki temu całość będzie sztywna i estetyczna. Robiłam na walentynki książke z obrazkami w 3D i wcale nie jest to takie trudne, zwłaszcza gdy mamy gotowy wzór :)


Pierwsza z gotowym szablonem, należy naciąc wzdłuż ciągłych linii, najlepiej żyletką lub nożykiem do tapet.


3. Z chorągiewkami
Prawdę mówiąc, ta chyba podoba mi się najbardziej. Co prawda nie mamy zbyt wiele miejsca na życzenia, ale i tak jest cudna. A gdyby jeszcze zrobić ją w nieco większym formacie...


4. Życzenia spisane w małej książeczce
którą możemy zawiesić na łańcuszku, przykleić do pierścionka, wykorzystac jako breloczek do kluczy - coś, co obdarowania osoba może mieć zawsze przy sobie. Postaram się niedługo zrobić instrukcję na takie maleństwo

5. W formie pudełeczka
Czyli trochę bardziej pracochłonna, ale bardzo efektowna kartka - no i może od razu być prezentem. Wrzucam wersję 18-tkową :)

7. Z wykorzystaniem najróżniejszych przedmiotów 
Czyli kreatywnie. Mnie najbardziej urzekła wersja z puzzlami i świeczkami, ale kombinujcie :)




Świetny jest tez pomysł z malutkimi kopertami - można do nich powkładać karteczki z życzeniami lub drobne prezenty - na przykład mały wisiorek.


8. Walentynkowe
Bo nie wiedziałam jak nazwać tą kategorią, a mam w swoich zbiorach kilka ładnych serduszkowych inspiracji

Obawiam się, że powyższa mogłaby być nieco nietrwała :(


Słodko, serduszkowo i kiczowato - ale i tak ładnie.


Dla tych, którzy nie lubią zbyt serduszkowych klimatów. Już tłumaczę jak to zrobić. Potrzebujemy dwóch kartek (jednej z napisem, drugiej z narysowanym ludzikiem), osobnego wyciętego ludzika, zielonego paska papieru, oraz dwóch krótszych paseczków papieru, zgiętych w pół. W kartce z ludzikiem robimy żyletką nacięcie na kilka centymetrów, następnie zgięte paseczki przyklejamy pionowo do drugiego ludzika, tak, aby dokładnie się ze sobą stykały. Przekładamy je przez nacięcie i podklejamy do drugiej kartki. Na końcu zasłaniamy paskiem trawy.

Dajcie znać, czy wykorzystaliście któryś z moich sposobów. A może macie jakieś własne?